Zofia Wójtkowska, ur. 1936. Relacja, sygn. ZS 779:

W lutym 1946 roku znów umieścili nas w wagonach, tym razem jechaliśmy do Polski. Dojechaliśmy bezpośrednio do granicy, wyżywienie było dostateczne, a na polskiej stronie zajął się nami specjalny komitet PUR, dostaliśmy nawet słodkie bułki. Do granicy jechaliśmy około 2 tygodnie, dość szybko i bez przystanków. Jechaliśmy przez Łódź do Opola, a dalej do Gostynina. Tam zamieszkaliśmy. Znałam adres mojej cioci w Polsce, więc napisałam do niej i ona po mnie przyjechała. Zabrała mnie do Łodzi. /…/ Nie poznałam jej, kiedy po mnie przyjechała, bo gdy ją ostatnio widziałam, miałam 3 lata.

Maria Sadłowska (z d. Franczuk), ur. 1932. Wspomnienia, sygn. AW II/3444:

Polski Dom Dziecka w Aktiubińsku 1945 rok: Było nas 150. Polacy, Ukraińcy, Białorusini, Żydzi. Halinka – córka policjanta była Tatarką. Do Polski przyjechali tylko Polacy i polscy Żydzi, resztę (przecież obywateli polskich) zabrano nam do rosyjskiego Domu Dziecka.

Dom Dziecka z Aktiubińska jak wszystkie powracające ze Związku Radzieckiego przyjechał do Domu Rozdzielczego w Gostyninie. Tam prostu z placu zabierano nas do łazienek, myto i przebierano w czystą odzież. Przez 2 tygodnie odbywaliśmy kwarantannę. Chorych zabierano do szpitala. Dzieci, które miały rodziny, zostały przez nie zabrane. Po kwarantannie dołączono do nas dzieci z Czelabińska i zostaliśmy skierowani do Elbląga.

Cecylia Dzieszuk (z d. Słowikowska), ur. 1935. Długi powrót, sygn. AW II/1858 oraz fragmenty wspomnień opublikowane w Karcie nr 4 (IV/1991):

Otrzymujemy nareszcie wiadomość, że teraz już nieodwołalnie jedziemy do Polski. Każde dziecko może zabrać ze sobą tylko dwie zmiany bielizny i odzieży. Dwie zmiany. A skąd je wziąć? Właściwie sukienki już miałyśmy, a bieliznę otrzymałyśmy nawet w dobrym stanie. Gorzej było z obuwiem. To, co nazywano obuwiem, to była rozpacz, pamiętam, że ja miałam najlepsze palto i buty, tylko cholewki były z brezentu, a dół skórzany. Wszystkie starsze dziewczynki pożyczały je ode mnie /…/.

W marcu 1946 roku nasz dom dziecka wyjeżdża do Polski. Podwody zawiozły nas do Czu, do stacji kolejowej, skąd mieliśmy wyruszyć w upragnioną drogę do wymarzonej Polski. W Czu był również dietdom i tam zanocowaliśmy, czekając na nasz pociąg. /…/ Następnego dnia, kiedy już wszystko było gotowe do drogi, udaliśmy się do pociągu. Jakie było moje zdziwienie, jak zobaczyłam ten pociąg i te wagony. W środku było czysto, przedziały miały miejsca do spania, co mnie najbardziej cieszyło i bardzo długo nie chciałam podnieść się z tego wspaniałego łóżka. Okna były duże i miały firanki. /…/ Podróż nasza była, można powiedzieć, miła, bo to i wyżywienie było nad wyraz wspaniałe i wagony były komfortowe. Na śniadanie każde dziecko otrzymało bułeczki i puszkę mleka kondensowanego, na obiad również jakiś przepyszny chleb i puszki albo ryby, albo jakiegoś mięsa, kolacja jak śniadanie, były jeszcze jakieś kompoty do picia. Na wyznaczonych stacjach otrzymywaliśmy gorącą zupę, tak że nawet w czasie tej drogi powrotnej do Polski to nas odżywiono i wypoczęliśmy od ciężkiej pracy. Czy był to komfort? No cóż, do tej pory widziałam tylko gliniane podłogi i sienniki i naraz pociąg ma łóżka czyste i materace miękkie. /…/ Cały dom dziecka był ulokowany w trzech wagonach. Było nam wygodnie, bo miejsca były piętrowe, ja spałam na górze, to bardzo podobało mi się i okno miałam zaraz przy głowie, tak że mogłam stale oglądać mijane tereny. /… Po kilku dniach podróż nie miała już takiego uroku, bo jednak męczyliśmy się. Po wagonie nie bardzo można było chodzić, bo korytarz był bardzo wąski. /…/

Jak wyglądała nasza trasa podróży? Ano chyba jeszcze pamiętam. Początek był w Czu, do Czu do Dżambułu, potem Frunze, chyba Czymkient, Turkiestan. /…/  Potem był Aktiubińsk, Kazachstan, Uralsk, Saratow, Charków, Kijów. /…/ Teraz w wagonach ciągle mówi się, że lada chwila będziemy w Polsce, zaraz będzie pierwsza polska stacja – Sarny. Serce bije mi mocno na samą myśl, że wreszcie coś polskiego. Krajobraz zaczyna się zmieniać. Dookoła widać wielkie zniszczenia. Coraz częściej widać zniszczone miasta. /…/ Nagle słyszę, jak dziewczynki mówią, że jeszcze pół godziny. Mija te pół godziny i jest. Sarny! Pierwsze polskie miasto. Słyszę okrzyki Sarny, Sarny. O Boże. Co to? Właściwie nic nie widać. Nawet budynek stacyjny był cały, ale to było wszystko. Naokoło same gruzy i zgliszcza. Ludzi niewielu. Widok był tak smutny, że rozpłakałam się. /…/ Gdzież jest nasza piękna Polska? Takie było Równe, Łuck, Brześć. Najgorsze to miałam dopiero zobaczyć. Wszyscy krzyczą, że już Warszawa, Warszawa! /…/ To nie było miasto, to były gruzy i rumowiska sięgające tak wysoko jak trzypiętrowe domy. Przyjechaliśmy chyba na jakiś dworzec. Opuściliśmy pociąg i szliśmy pieszo, nie wiem dokąd. Pani Jadzia Marchall mówi do nas, że to jest Stare Miasto i patrzy na mnie, jakby chciała powiedzieć, ja też tego nie wiedziałam. /…/

Zabrano nas na jakimś placu, kazano ustawić rzędem. Przyszła do nas jakaś kobieta i powiedziała nam, że musimy oddać wszystkie nasze rzeczy do dezynsekcji. Niczego nam nie wolno zatrzymać. Podeszła do każdego dziecka i odbierała nasze węzełki. Ja właściwie odzież miałam oddzielnie, a listy od Mamusi i pamiętnik miałam w siateczce z nici i trzymałam to z tyłu za sobą. Kobieta ta chwyciła moją rękę i zabrała moje skarby. Prosiłam i mówiłam, że to moja Mamusia i listy od niej, mam tylko tę jedną fotografię, ale kobieta była nieustępliwa i zabrała siatkę. /…/ pojechaliśmy do Gostynina. Tutaj był dom rozdzielczy i musieliśmy przejść jakąś kwarantannę. Domki były parterowe. W salach były łóżka polowe z czystą pościelą. Wszystko było ciekawe i nowe. Najbardziej zadziwiała nas łazienka. Nie mogłam sobie wyobrazić, że może być porcelana do takich rzeczy jak potrzeby fizjologiczne. Biegałyśmy co chwilę i spuszczałyśmy wodę, aż jedna z wychowawczyń wytłumaczyła nam, jak należy zachowywać się w takich miejscach. Papier toaletowy był niebieski i szary, więc brałyśmy i bawiłyśmy się. Pielęgniarka oglądała nas jak zwierzątka. Kiedy już poprzyglądała się nam, też zrobiła mały wykład, co do czego służy i tutaj usłyszałam to dziwne słowo c y w i l i z a c j a.

Kiedy już porobiono nam przeróżne badania i okazało się, że dużo dzieci jest chorych na różne choroby, więc zostały skierowane na leczenie. Dzieci zdrowe przyjechały do Kwidzynia.