Zygmunt Kurcbard, ur. 1920. Dom w gissarskiej dolinie, sygn. 3088:

Tworzyliśmy dom i szkołę. A jeśli już miała być to naprawdę polska szkoła z wykładowym językiem polskim, z polskim nauczycielem i wychowawcą to także z… polskimi podręcznikami. Gdzie jednak wśród tych piaszczystych stepów zznaleźć polskie podręczniki? /…/ W końcu znalazło się rozwiązanie. Bardzo często przyjeżdżali do nas z rejonowego Narkomu, czyli Kuratorium. Siadali w kuczki przed wejściem do naszego gospodarstwa i debatowali o tym, że wciąż wojna trwa, a nam świta w głowach polski podręcznik. Czy nie wystarczą zeszyty, ołówki, atrament, pióra. W okresie, gdy nie było łatwo o rosyjską czy nawet tadżycką książkę, to co dopiero o polską literaturę, o polski podręcznik. Gdy dzieci już dawno spały zapraszaliśmy nauczycieli z tadżyckiej szkoły i znając co drugie słowo w ich języku mozolnie wspólnie tłumaczyliśmy strona po stronie wydawane w Taszkiencie książki. Bywało i tak, że nie starczało czasu na przejrzenie tadżyckiego podręcznika. Co wtedy za trudna była gimnastyka umysłowa. Przy wydatnej pomocy samych dzieci, zwłaszcza starszych wertować trzeba było na lekcjach materiał zawarty w uzbeckim podręczniku. Za to bardzo często czytaliśmy dzieciom perły klasycznej wschodniej literatury. Wiersze Ainego i Łachutiego. Jednakże naszym marzeniem było przekazywać dzieciom autentyczne strofy Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Przecież nie zawsze udawało się odtwarzać z pamięci fragmenty „Roku 1918”, „Ojca zadżumionych”, „Koncertu Jankiela”, „Nie-Boskiej komedii”. Aczkolwiek przedwojenne lata studiów były jeszcze niezbyt odległe, to za dużo nie pamiętaliśmy. Dopiero radość sprawiły nam nieregularnie otrzymywane numery „Wolnej Polski”. Gazeta ta drukowana po polsku służyła nam za cenną informację o tym, co na froncie, co w Wojsku Polskim, a zarazem stanowiła wartościowy materiał lekcyjny.

 Irena Wójcik (z d. Tercjak), ur. 1933. To, co powraca w snach. Wspomnienia z zesłania 1940-1947, sygn. ZS 484:

Naszą wychowawczynią była pani Władzia. Jasna blondynka, miała około 35 lat i bardzo tęskniła za Polską. Pragnęła wrócić razem z nami do kraju. Ona podtrzymywała nas na duchu. Dzięki niej umiałam dobrze czytać i pisać, nie robiłam błędów. Oprócz tego uczyła nas polskich tańców ludowych i polskich piosenek. Nauczyła nas wiersza „Kto ty jesteś?”, którego chyba nigdy nie zapomnę. Uczyła nas wszystkiego, co było polskie, ona uczyła nas…Polski. Była przekonana, że wróci razem z nami, bardzo tego pragnęła i my też. Była wywieziona razem ze swoimi rodzicami, jeszcze przed I wojną światową.”

 Cecylia Dzieszuk (z d. Słowikowska), ur. 1935. Długi powrót, sygn. AW II/1858 oraz fragmenty opublikowane w Karcie nr 4 (IV/1991):

Pan Wagner prowadził na podwórku sierocińca pogadanki ideologiczne, takie „szkolenie partyjne”. Dowiadywałam się o istnieniu różnych dziwnych rzeczy, o których nie miałam pojęcia – demokracja, socjalizm, nowa Polska, jasne domy. /…/ Pan Wagner zawsze mówił, żebyśmy się uczyli , bo wojna się skończy, wrócimy do Polski, będziemy musieli dla niej pracować, a Polska potrzebuje mądrych ludzi. /…/ Nasz dom był pod patronatem ZPP, ale o tym dowiedziałam się dopiero po wojnie. /…/ Nauczycielki nie zajmowały się na lekcjach „ideologią”. Podręczniki były w języku polskim, ale dotyczyły Związku Radzieckiego. Drukował je ZPP. Dostawaliśmy też wydawane przez nich pismo dla dzieci – „Płomyczek”. Były problemy z zeszytami, z przyborami do pisania. Pan Wagner każdy zeszyt przecinał na pół. Dostawaliśmy jedną połówkę na cały rok szkolny. Pisało się w niej tylko ołówkiem. Pan Wagner sam strugał nam te ołówki, żebyśmy ich nie złamały, bo ołówek też był jeden na cały rok. /…/ Najpierw były lekcje, na których opowiadałyśmy ustnie, a dopiero gdy już było wiadomo, że się nauczyłyśmy, pisałyśmy w zeszycie. Dzieci, które uczyły się pisać, ćwiczyły najpierw na gazetach, między wierszami liter. Kiedy zeszyt był już zapisany, szło się do pana Wagnera, on brał gumkę i wszystko wycierał – powolutku, żeby nie zrobić dziur. W zeszycie pisało się dwa, czasem trzy razy. Uczyłyśmy się matematyki, polskiego i geografii, ale tylko z republik zauralskich ZSRR. Gdy pytaliśmy o Polskę, pani Helena odpowiadała: „A to gdzieś tam, dalej”.

Na co dzień otaczało nas zdziczenie, gdzie każdy był jak pies, który wyskoczył z budy i szuka kości. Ale udało nam się zobaczyć trochę dawnej Polski, trochę dobrych manier. Pan Wagner załatwił, że w miejscowym kinie kilka razy pokazano nam fragmenty przedwojennych polskich filmów i kronik o Polsce i o Warszawie. W wyobraźni stworzyłam sobie obraz cudownego miasta-raju.

Zorganizowano nam kółko artystyczne – deklamacje, śpiewy, tańce. Okazało się, że i ja jestem artystką, bo pięknie śpiewam. Moja siostra Aldonka deklamowała wiersze, nie tylko dziecinne. Pamiętam, jak mówiła wiersz, chyba Norwida. /…/ Baśnie wystawialiśmy też w kółku artystycznym – o Czerwonym Kapturku, o Jasiu i Małgosi. Z jakichś kawałków czarnych szmatek poszłyśmy kubraczki, chłopcy narobili cekinów z blaszek. Zdobyliśmy krepę, karbowaną bibułkę, tasiemki, sznurki. Sami robiliśmy kostiumy, malowaliśmy, szykowali. Graliśmy nawet w „dorosłych” sztukach, na ogół rosyjskich, choćby w jednoaktówkach Czechowa. /…/ Zawsze w czasie występów kilka pieśni śpiewało się po rosyjsku. Ale graliśmy po polsku. Ktoś te sztuki dla nas tłumaczył, skracał – może sam pan Wagner. Nie mogliśmy grać sztuk z dużym tekstem, bo czas na próby mieliśmy tylko późnymi wieczorami.

Występowaliśmy w kołchozowym klubie, a nawet chodziliśmy do innych kołchozów. I zawsze mnie zdumiewało, dlaczego mieszkańcy tak tłumnie przychodzą na nasze występy. Przecież oni nie rozumieli naszego języka. W dodatku żeby nas obejrzeć, kupowali chyba bilety, bo pamiętam, że za te występy zdobyliśmy jakieś pieniądze i kupiono nam nowe ubrania – sukieneczki z kretonu i wełny.