Irena Wójcik (z d. Tercjak), ur. 1933. To, co powraca w snach. Wspomnienia z zesłania 1940-1947, sygn. ZS 484:

„Wczesną wiosną [1945 roku] zawiozła mnie matka, opatuloną w szmaty, na czymś co miało zastąpić sanki do sierocińca [w Aktiubińsku], w którym przebywały już moje siostry. Byłam nieprzytomna, chora na krwawą dyzenterię. Oprócz tego zachorowałam na malarię, której pozbyłam się dopiero w Polsce. /…/ po oddaniu nas do sierocińca matka dostała nakaz, jak wszyscy dorośli, żyjący jeszcze Polacy, wyjazdu na Ukrainę, rzekomo do pracy /…/ Nasza matka wróciła do Polski w 1946 roku, a my, bez nadziei powrotu kiedykolwiek i zobaczenia matki, pozostałyśmy w sierocińcu. Wyglądało na to, że sierociniec też był założony dlatego, aby się nikt nie dowiedział, co robiono z polskimi dziećmi. Może też zadecydowała światowa opinia, nowe powojenne układy, a może zrobiono to tylko na pokaz? Wszystko, co się tam znajdowało: ubrania, pościel, łóżka oraz wyżywienie przysłano – jak się mówiło – z Ameryki. Było ciepło i mieliśmy co jeść.

Zofia Wójtkowska, ur. 1936. Relacja, sygn. ZS 779:

„Powstał polski dom dziecka, mama musiała oddać tam mnie i brata. Najmłodszy brat został z nią, bo był zbyt mały, żeby go oddać, a najstarsza siostra już pracowała. Dom dziecka znajdował się w Tomsku, wszystkie dzieci musiały pracować i robiliśmy na drutach szaliki, skarpetki, rękawice i nauszniki dla wojska, starsze dziewczynki przędły na kołowrotkach wełnę. Oprócz przeznaczenia dla wojska, robiłyśmy to też dla naszego domu dziecka i dla innych. Wyżywienie w tym domu było lepsze niż w poprzednim miejscu, tam często głodowaliśmy lub piekliśmy placki z pokrzyw na blasze, tu jedliśmy trzy razy dziennie. Kiedyś ja i moja koleżanka Stasia dostałyśmy albumy, a nasz dom patefon. Była to nagroda od I sekretarza, jakby prezydenta miasta, którym była kobieta. Latem zabierali nas do lasu, zbieraliśmy maliny i grzyby, w pegeerach pełłyśmy warzywa i okopywałyśmy je. Musiałyśmy też utrzymywać czystość w domu, sprzątałyśmy także w szkole. Do południa robiłyśmy na drutach, później były 2-3 lekcje, a wieczorem sprzątanie. Mieliśmy dużo lekcji rosyjskiego, polski był tylko dwa razy w tygodniu. Starsze dzieci musiały pracować w fabryce, a mój brat był pastuchem; pasł krowy, bo uważał, że jest to jeszcze najlżejsza praca. Żeby się zobaczyć z mamą, chodziliśmy do niej, było 6 km. Mogliśmy ją odwiedzać przy okazji świąt. Mama w tym czasie chorowała ciężko. Kierowniczką naszego domu była Ukrainka, była złym człowiekiem, często nas karała, np. za rozdarcie sukienki cały dzień nie dostawało się jedzenia. Ta sama kara była za słabe stopnie, ale dzieci pomagały sobie wzajemnie, nie wydawały innych. Mimo zakazu modliliśmy się też wspólnie /…/

Wiosną 1944 roku, chyba w marcu, wsadzili nas do pociągu towarowego /…/ Jechaliśmy około miesiąca. Dowieźli nas na Kaukaz, niedaleko Krasnodaru /…/ Mieszkaliśmy niedaleko morza, we wsi Afipskaja w domach, z których wcześniej wysiedlono gospodarzy. W domach były po trzy pomieszczenia, w większym budynku była stołówka i kuchnia oraz świetlica i klasy. Naszymi wychowawcami były głównie Rosjanki, ale również Polki i Ukrainki. W tym nowym miejscu dyrektorką była Rosjanka, ona była lepsza niż poprzednia. Żyło się nam tu też lepiej. Prowadziliśmy własne gospodarstwo: sialiśmy, trzymaliśmy świnie, krowy i konie. Sami dbaliśmy o zasiewy i warzywa. Na święto dostawaliśmy chleb z serem lub jajka, zwykle jedliśmy sam chleb.

Józef Janusz, ur. 1932. Wspomnienia, sygn. ZS 936:

„W momencie, kiedy trafiłem do domu dziecka [rosyjski dom dziecka we wsi Spasporub, rej. Priłużskij, Komi ASRR] miałem 7 lat. Umieścili nas w baraku, osobno chłopcy, osobno dziewczynki. Było nas 12 na sali, łóżka stały obok siebie jak w szpitalu /…/ Początkowo wyżywienie było dobre. W pierwszym okresie mieliśmy chleba pod dostatkiem tak, że niezjedzony chleb wkładaliśmy do szuflad. Później, w głodnych czasach, zjedliśmy go do ostatniego okruszka. Latem chodziliśmy do lasu na grzyby i jagody oraz przygotowywaliśmy drewno na opał. Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej bardzo się popsuło i panował głód. /…/ W sierocińcu początkowo były same polskie dzieci, potem zaczęli przyjmować także Rosjan. Wychowawcy u chłopców byli wyłącznie rosyjscy, natomiast dziewczęta miały dwie wychowawczynie Polki. Zajęcia odbywały się w szkole oddalonej o pół kilometra. Naukę zacząłem od pierwszej klasy, potem skończyłem drugą i trzecią. Przedtem byłem za młody, aby chodzić do polskiej szkoły, chciałem nauczyć się pisać i czytać po polsku. Były z tym trudności. Uczyli mnie starsi koledzy, którzy w Polsce liznęli trochę nauki języka polskiego. /…/ Gdy w zimie temperatura spadała poniżej 30 stopni w szkole nie było lekcji. Zbieraliśmy zmarznięte ziemniaki pozostawione w ziemi i jedliśmy je na surowo. Podczas wakacji zatrudniali nas przy pracach polowych, np. przy rwaniu grochu. Wtedy każdy chciał najeść się jak najwięcej, bo nie wolno było zabierać ze sobą. /… W domu dziecka było bardzo zimno. Temperatura w pomieszczeniach nie przekraczała 14 stopni, przeważnie było 10. Mimo że wokół były lasy, to nie było komu przygotować i przywieźć drewna na opał. Dzieci były za małe do wykonywania takich prac. Mieszkaliśmy w drewnianym baraku z nieszczelnie ułożonych bali e szparami zatykanymi mchem. Każdy miał swoje łóżeczko z siennikiem słomianym, poduszkę słomianą i jeden koc do przykrycia, było zimno spać. Na korytarzu stało koryto z wodą, która zimą zamarzała. Pranie zdarzało się bardzo rzadko. Czasami zwłaszcza latem chodziliśmy do łaźni. /…/ Wychowawcy nie pozwalali się modlić, podglądali nas wieczorami i gdy przyłapali na klęczeniu lub modlitwie to zamykali na parę dób do pomieszczenia w sąsiednim budynku i straszyli. /…/. Było nas około 300 dzieci. /…/

We wsi Wilgort, oddalonej o 7 km, był polski dom dziecka, gdzie mnie umieszczono wiosną 1943 roku. Zarówno dzieci jak też dyrektorka pani Dąbkowska byli Polakami. Jedzenia nie było dużo, za to lepsze niż w poprzednim i dawali je regularnie. Tu spotkałem się ze swoim bratem Adamem i zostałam tam z nim około jeden rok. Później przewieźli nas (ok. 30 dzieci) do Kotłasu, a w grudniu 1943 pociągiem do Zagorska oddalonego 330 km od Moskwy. Był tam polski dom dziecka prowadzony przez ZPP. Tam miałem pierwsza wigilię od czasu wywózki. Dzieci były bardzo wzruszone podczas wieczerzy wigilijnej, płakały. W tym domu dziecka było o wiele lepiej, wyżywienie było obfitsze. Po paru tygodniach pojechałem do innego domu polskiego, do Czkałowska /…/ Jedzenie było tu lepsze niż w poprzednich domach. Byliśmy tam do marca 1946, dyrektorem był pan Milsztajn. Wychowawczyniami były Polki i Żydówki. Ponieważ Czkałowsk jest niedaleko Moskwy, parę razy byliśmy tam na różnych imprezach. W międzyczasie wzięli mnie do polskiej orkiestry wojskowej przy jednostce stacjonującej w Riazaniu.”

Marek Józef, ur. 1930. Wspomnienia, sygn. AW II/267:

Jesienią 1940 roku ojciec nasz wystarał się u władz miejscowych, żeby nas wzięli do Domu Dziecka, na co władze nie chciały się zgodzić, ale po częstym chodzeniu i staraniu się ojca władze zgodziły się i zabrano mnie i siostry moje Helenę i Bronisławę do rosyjskiego Domu Dziecka w miejscowości Niobdino, gdzie mieliśmy opiekę i chodziliśmy do rosyjskiej szkoły. /…/ Po pewnym czasie doczekaliśmy się wyjazdu z Syberii w 1944 roku do środkowej Rosji. /…/ i tu umieszczono nas w rosyjskim Domu Dziecka nr 8 [w Tambowej pod Moskwą]. W ten sam dzień zabrano mnie do szpitala w Tambowie. W szpitalu tym przebywałem całe lato. Jesienią w tym mieście została utworzona polska 4 klasa i było nam bardzo trudno uczyć się po polsku, gdyż byliśmy już doskonale zruszczeni, bo przez parę lat na Syberii nie słyszeliśmy polskiej mowy. /…/ W roku 1945 polski nauczyciel Piotr Wojciechowski zorganizował i założył polski Dom Dziecka w Obłówce, gdzie chodziliśmy do polskiej szkoły.

Cecylia Dzieszuk (z d. Słowikowska), ur. 1935. Długi powrót, sygn. AW II/1858 oraz fragmenty wspomnień opublikowane w Karcie nr 4 (IV/1991):

Pierwszą osobą, która ze mną rozmawiała, gdy się przebudziłam, był pan Wagner. Człowiek młody jeszcze, bardzo chudy, w okularach. Był miły, uśmiechał się i pytał o moją rodzinę, o to, gdzie mieszkaliśmy przed wojną. Przed wojną? Nareszcie ktoś mówił do mnie po polsku. Nareszcie ktoś chciał wiedzieć coś o mnie. /…/ Ten dom i szkołę wywalczył i zorganizował pan Wagner. Pościągał do Mojun-Kum polskie dzieci z różnych sowieckich „diet-domów”. Jankę Gliwę, która pracowała w kuchni, wyciągnął z jakiegoś łagru. Należał do Związku Patriotów Polskich, był nauczycielem matematyki w starszych klasach, a zarazem kimś w rodzaju „propagandysty”. Wówczas jeszcze nie wiedziałam, że był komunistą. Bardzo porządny człowiek. Żyd ze Lwowa, który uciekł w głąb Rosji przed Niemcami /…/ Moje koleżanki w Mojun-Kum pochodziły przeważnie z rodzin lekarzy, adwokatów, wojskowych, arystokracji. Starsze dziewczęta były szlachetne, pełne kultury. My, te młodsze, starałyśmy się je we wszystkim naśladować. Były też z nami żydowskie dziewczynki – Estera, Bajła, Bina – ale nie zauważyłam żadnych podziałów. /…/ Pan Wagner, Żyd i komunista, kazał starszym dziewczętom uczyć nas modlitw. /…/ Wieczorem, w sali sypialnej, gdzie na ścianie wisiał krzyż, klękałyśmy wszystkie i modliłyśmy się głośno – Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę w Boga. Kilka dziewcząt modliło się po hebrajsku. Ale i tak była to nasza wspólna modlitwa. W tym czasie pan Wagner zawsze wychodził z sali.  Wszystkie dzieci, a było ich ponad sto. Tworzyły cztery grupy: dziewczynki dwie – od najmłodszych do lat dwunastu i od dwunastu do szesnastu, chłopcy tak samo. Z ustaleniem wieku były zresztą trudności i bałagan, bo pan Wagner często zaniżał dzieciom wiek, chroniąc je w ten sposób przed pójściem do pracy i nieszczęściami przedwcześnie dojrzałego życia.

Wstawaliśmy skoro świt, trzy, cztery godziny spędzaliśmy w szkole, potem obiad, pół godziny odpoczynku i praca dla zarobku na kołchozowym polu aż do zachodu słońca. A jak tylko trawa zaczynała się zielenić, to już były wakacje, czyli praca na polu przez cały dzień. /…/ Mam wrażenie, że tam w ogóle nie było niedziel, że pracowało się na okrągło. Pamiętam pracę, pracę, pracę… Dwoje starszych dzieci  – Halinka Pontówna i Piotrek (nie pamiętam nazwiska) zmarło na udar słoneczny. Pochowaliśmy ich w piasku na rosyjskim kawałku kazachskiego cmentarza. My na tym polu przez cały czas przebywaliśmy z odkrytymi głowami (a początkowo jeszcze strzyżono nas do gołej skóry). Mogliśmy je sobie zakryć najwyżej liściem łopianu. Dopiero po śmierci ich dwojga wydano nam po kawałku szmatki, ale tak małym, że nie zakrywał całej głowy. /…/ Z domu w Mojun-Kum żadne dziecko nie chciało uciekać. Praca była straszna w tej spiekocie, ale wiedzieliśmy, że czeka nas ciepły obiad i że nie trzeba będzie żebrać ani kraść. Dawano nam co dzień zupę z kaszą, kartoflami, siekanym mięsem. Do tego kawałeczek chleba. Porcje dostawaliśmy mizerne, jednak kawa była słodzona, kromka chleba – cała. Warzywa czy owoce już raczej sami zdobywaliśmy, ale tylko z działek kołchozowych.

Zygmunt Kurcbard, ur. 1920. Dom w gissarskiej dolinie, sygn. 3088:

„W oddziale Związku Patriotów Polskich w Stalinabadzie [Duszanbe] zakomunikowano mi, że właściwie wszystko już gotowe: miejsce na internat i szkołę, a personel pedagogiczny i techniczny niemal są w komplecie. Lada dzień przyjadą też dzieci. – Wobec tego, co ja mam robić? – spytałem. Spojrzeli na mnie zdziwionym wzrokiem. – Co ma Pan robić, nauczyciel, wychowawca i to z taką rekomendacją. Na pewno ucieszy się Estka Gerszonowicz, Marysia Kryger, Eda i Tadek Mendżyccy, jak dowiedzą się, że dodajemy im takie posiłki. Weźce ze sobą te dwie paczki z materiałami i jedźcie do roboty. Oto adres: gissarski rejon, Chanaka, Tadżycka Republika.  W ten sposób trafiłem do Chanaki, maleńkiej osady w urodzajnej dolinie Gissaru odległej o setki kilometrów od Polski.

Rejonowe władze oświatowe zabezpieczyły nam dom podobny do wszystkich budowanych tutaj z gliny, słomy, piasku. Dom stał na olbrzymim czworokątnym placu, zamkniętym całkowicie wysokim ponad półtora metra gliniastym murem. Na drewnianej bramie umieściliśmy tabliczkę z trzyjęzycznym: rosyjskim, uzbeckim i polskim napisem: Polski Dom Dziecka. Dom przeznaczyliśmy głównie na cele internatowe, bo miejsca starczało tylko na żelazne łóżka. Pod ścianami muru wygospodarowaliśmy miejsce na kuchnię i magazyn. Zrobiliśmy również jadalnię mającą służyć jednocześnie jako centralna sala wykładowa. Oprócz tego otrzymaliśmy pomieszczenia na trzy klasy w znajdującej się niedaleko podstawowej szkole dla dzieci Tadżyków i Uzbeków. Jedna ze ścian muru należała całkowicie do rodziny dozorcy pana Władka Antoniaka. Zawalona była stertami trzciny przeznaczonej na opał /…/ Od rana do późna wieczór pani Maria, żona Antoniaka krzątała się w swoim obejściu. Nosiła lśniący bielą, zawsze wykrochmalony kitel i wspólnie ze swoją dużo młodszą pomocnicą Zosią Domaszewicz przyrządzała posiłki. Gotowały starannie, czysto, a porcje nakładały tak duże, że rzadko któreś z dzieci prosiły o dokładkę.

Nie wiadomo kiedy i jak nasz dom rozbrzmiał gwarem dziecięcych głosów. Zjechało ich 123, różni wzrostem i wiekiem, od lat sześciu do siedemnastu. /…/ Większość dzieci trzeba było odziać niemal od stóp do głów. Przyjazd zaczynał się od wizyty w łaźni. Trzeba było zabezpieczyć stałą pomoc lekarską. Ale najważniejsza rzecz to uczyć, o czym mówiła Wanda Wasilewska. Zaczniesz, jak robił to u siebie Korczak, od prawidłowo zasznurowanych butów do odkrywania wiedzy z książek. Tylko że właśnie z książkami był nie lichy kłopot. Gromadce wygłodzonych, często zawszonych dzieciom usiłowaliśmy stworzyć przytulny dom. Taki sam prawdziwy dom na wzór jakiego fragmentarycznie pamiętałem Domu Sierot na Krochmalnej [w Warszawie].

W domu w gissarskiej dolinie od najmniejszego berbecia do najstarszego dryblasa wszyscy poczuli się pełnoprawnymi gospodarzami. Najpierw przeprowadziliśmy  podział na wiekowe grupy. /…/ Każda grupa proporcjonalnie do ilości wychowanków miała prawo wybierać swoich przedstawicieli do samorządu – autorytatywnego ciała, które obradowało i decydowało o każdym nowym przedsięwzięciu. /…/ Był także i sąd. Zrodził się zupełnie przypadkowo, na ogólnym zebraniu wszystkich bez wyjątku mieszkańców domu”

Zofia Lissa, Śpiewnik dzieci polskich w ZSRR, Moskwa 1944

 


Kartki z pamiętniczka Eulalii Olsiewicz (z d. Hubert), 1946